Spis rzeczy
- Debiuty - Okolice Poezji
- Debiuty - Prozaicznie
- Debiuty - Grafika i art
- Debiuty - Stopklatka
- Baza Poezji Polskiej
- Poradnik Literacki
- Krytyka Poetycka
- Dział Warsztatów
- Nasze Konkursy
- Katedra Światła
- УКРАЇНА
Akcje promocyjne
- Konkurs "KOBIETA" 2020
- Konkurs "Wiosna" 2023
- NAJLEPSZE PUBLIKACJE
- Publikacje Czerwca '18
- Publikacje czerwca '19
- Publikacje grudnia '17
- Publikacje grudnia '18
- Publikacje grudnia '19
- Publikacje kwietnia '18
- Publikacje kwietnia '19
- Publikacje lata '18
- Publikacje lipca '17
- Publikacje lipca '19
- Publikacje listopada '17
- Publikacje listopada '18
- Publikacje listopada '19
- Publikacje lutego '18
- Publikacje lutego '19
- Publikacje maja '18
- Publikacje marca '18
- Publikacje marca '19
- Publikacje października '17
- Publikacje października '18
- Publikacje października '19
- Publikacje roku 2025 - nominacje
- Publikacje sierpnia '17
- Publikacje sierpnia '19
- Publikacje stycznia '18
- Publikacje stycznia '19
- Publikacje Stycznia '20
- Publikacje września '17
- Publikacje września '18
- Publikacje września '19
Inne
Forum
Sąsiadka Mościckiego
Jabłka
JABŁKA
"Ale ja, kiedy jem jabłko, chcę mieć obudzone wszystkie zmysły. Pożreć je jak
wieprz to karmić nieżywych" - (David Herbert Lawrence „Mistyk”.
Tłum.
Cz. Miłosz)
Laura, odkąd sięgała pamięcią, uwielbiała jabłka.
W drodze ze szkoły razem z koleżankami zakradała się na nie do obcego sadu. Najlepiej smakowały późną jesienią i zimą, gdy wciąż wisiały na drzewach.
Wówczas ciężkie mrozy przychodziły znacznie wcześniej, nawet w listopadzie.
Owoce przypominały jabłkowy sorbet albo lody. Mocne, młode zęby na początku trafiały na opór, szkliwo przenikał ostry chłód, ale z czasem można było się przyzwyczaić. Nagrodą był wyborny aromat i niepowtarzalna, zimna słodycz.
Temu rytuałowi od czasu do czasu towarzyszyły radosne okrzyki dziewcząt, gdy zmuszone były ratować się ucieczką przed zbliżającym się stadem owiec i baranów. Zwierzęta jadły owoce leżące na ziemi. Najwyraźniej nie przepadały za dziewczęcą konkurencją.
Laura założyła rodzinę. Miała męża, prawie dorosłą córkę i kilkuletniego syna. Mieszkali w dużym domu odziedziczonym po jej rodzicach.
Z upływem czasu zmienił się właściciel tamtego sadu. Znowu przyszła kolejna jesień. Laura o tej porze roku intensywniej myślała o jabłkach.
Liście szeleściły pod obuwiem, ale też prowokowały do upadku, zwłaszcza te mokre, zmieszane z resztkami ziemi z pobliskich pól.
Była niedziela. Słońce świeciło przyjemnie. Kobieta postanowiła wybrać się z mężem i z synem na spacer do sąsiedniej wioski, tam, gdzie chodziła do szkoły. Mijali właśnie sad, do którego się zakradała, gdy nagle mąż zobaczył rosnącą w rowie kruchą jabłonkę. Na przeciążonej ciężarem, pochylonej gałązce, rosły dwa nieduże, czerwone jabłka.
Podszedł do garażu, gdzie właściciel sadu majsterkował przy samochodzie, następnie grzecznie zapytał czy może zerwać tamte dwa jabłuszka. Padła długa odpowiedź w postaci krzyku i steku obelg.
Laura zrozumiała, że sadownik nie wyraził zgody. Jego głos grzmiał aż do pobocza drogi, na którym stała z synem, wypatrując męża.
Pewnego zimowego ranka mieli jechać do pobliskiego miasta.
Wybrali trasę tuż obok znanego sadu. W pewnym momencie zerknęła przelotnie na jabłonkę w rowie. Wisiały tam te same dwa jabłka, o które mąż prosił jesienią. Zamarznięte. Bezużyteczne. Teraz zobaczyła w nich dwie duże łzy, które niemal doprowadziły ją do płaczu.
Z goryczą przełknęła ślinę.
Wiosną mąż w miejscu znacznie oddalonym od domu posadził drzewka: papierówkę, malinówkę, renetę, antonówkę i kilka starych dobrych odmian wiśni.
Później Laura piekła szarlotki, inne ciasta; robiła sorbety, kompoty i różne przetwory dla całej rodziny.
Jednak już nigdy więcej nie poczuła smaku, tego z lat dziecięcych.
Życie nadal trwało. Wszyscy krzątali się wokół codziennych spraw.
Wiosną mąż Laury przycinał owocowe drzewa. Ona dbała o ogródek: przesadzała kwiaty, robiła grządki dla przyszłych warzyw.
Latem na podwórku słychać było śmiech dzieci, czasem odzywała się piła tarczowa albo kosiarka do trawy. Niestety zagłuszały śpiew ptaków; nawet telewizory "milczały" - trudno było cokolwiek usłyszeć i zrozumieć z powodu hałasu na zewnątrz.
- Hałas, hałas, hałas... - powtarzała czasem Laura.
W żniwa ciągniki zamieniały się w ciężkie, o nadludzkiej sile maszyny, które przypominały Laurze filmowe transformersy. Ich masywne koła - bicepsy rozpychały się na wiejskich drogach. Kombajny toczyły się po nagrzanym asfalcie niczym wielbłądy. Trzeba było z nimi obchodzić się delikatnie – pracowały na chleb.
Zimą wieś niemal oddychała ciszą. Mrozy zelżały, śniegu było coraz mniej. Rolnicy martwili się tylko, że rośliny na polach przemarzną.
Kiedyś w południe odwiedziła ją przyjaciółka. Przyszła na kawę i szarlotkę z antonówek.
Laura się rozmarzyła.
– Jesteś bogata... Nikt ci tych wspomnień nie zabierze. Widzisz... ja nigdy nie jadłam zamarzniętych jabłek i nigdy nie pędziło za mną stado owiec i baranów – powiedziała przyjaciółka.
Przez chwilę patrzyły na siebie, a następnie obie wybuchnęły głośnym śmiechem.
Ilość odsłon: 160





Komentarze
Sąsiadka Mościckiego
sierpień 07, 2026 12:27
Basiu, dziękuję :)
Już myślałam że ten tekst nigdy nie doczeka komentarza.
Ukłony:)
Basia
sierpień 07, 2026 08:01
Ależ to jest dobre! Dziękuję :D
Sąsiadka Mościckiego
marzec 26, 2026 15:59
Ten tekst był już tutaj. Poprawiłam. Serdecznie zapraszam. :)