Portal Poemax jest prowadzony we współpracy ze stowarzyszeniem Salon Literacki

                  

                            Sobie a muzom na urodziny


Nagle oko artysty z lasu wywołane
do tablicy parkietu wziętego na kredyt,
zyskuje w oczach bliźnich należne uznanie,
jego głos jest istotny, jego osąd cenny.

Wszystkie światła na niego, gdy stoi pod ścianą,
pachnącą jeszcze świeżym, śnieżnobiałym tynkiem,
ciche migawki powiek i uszy czekają
w napięciu aż na ludzi z głębi lasu wyjdzie.

Jego głos uskrzydlony zaraz się odezwie
spod śnieżnego sufitu, pod którym szybuje,
by objąć nieobjętą podłogę w jodełkę,
nim pierwszy na niej talerz znikąd wyląduje.

Kiedy nagle przez okno na ścianę zmierzch rzuca
hipnotyczny slajd, niczym lepki plaster miodu,
który oka artysty uwagę przykuwa,
odrywa od parkietu, mrugających oczu

wyczekujących figur, ciemniejących w zmierzchu,
stojących niemo w woni świeżo tynkowanych
ścian kupionych na kredyt, w zapachu parkietu,
pod którego połyskiem zaimpregnowanym

czuć subtelną woń grzybni, gdy miodowy plaster
zmierzch powoli odkleja od gładzi tynkowej,
razem z nim migoczący, rozmyty cień gaśnie,
szeleszczący na wietrze cień drzewa za oknem.

Za tym gasnącym slajdem, z chowu klatkowego
na wolny wybieg z dymem puścić własny język
w pogoń chciałby artysta, lecz wie, że nie tego
od niego oczekują ci ludzie uprzejmi,

dzięki którym uznanie uzyskał przed śmiercią,
zatem trzyma w szufladzie na kłódkę zamkniętej
ten plaster miodu, który wprost do niej spełzł miękko.
Światła może nie spotkać tutaj zrozumienie,

z jakim się tu spotyka podłoga w jodełkę,
jak najbardziej potrzebna, nie do pogardzenia
podstawa piramidy, a zatem rzetelnie,
uczciwie, zgodnie z prawdą, mówi, że parkieciarz

uczciwie, w pocie czoła zarobił na wódę
i zarobił na brawa, że mucha nie siada.
Jeszcze niejedna czeka go premiera - wkrótce
telewizor plazmowy, skórzana kanapa,

do której bez koszulki człowiek się przykleja,
sprzęt stereo plus stojak na krzyż na trzy płyty,
akwarela z deptaka i dębowy regał,
odkurzacz rumba, żeby mógł okiem artysty

wprost pod niego się rzucić, premiera łóżeczka,
premiera bullteriera z hodowli championów...
Jeszcze wiele podniosłych eventów go czeka,
więc milczy o tej woni pleśniowej spod spodu

na błysk lakierowanej drewnianej podłogi,
na tę ścianę spogląda, już bez plastra miodu,
jeszcze bez jednej rysy, która by odsłonić
mogła ukrytą ciemność. Obraz by jej pomógł,

wszak mógłby namalować ten slajd oranżowy,
przyklejony do ściany jak miodowy plaster,
szeleszczący na wietrze cień drzewa rzucony,
które za oknem rośnie, mógłby być na slajdzie

powieszonym na gwoździu, oprawionym w ramy,
lub cień głowy jelenia, że do okna blisko
podchodzi i bujnymi potrząsa rogami,
tuż za progiem urządza sobie rykowisko.

Mógłby to namalować, ale o tym milczy,
wypracował swój własny język za zębami,
wyparzony w herbacie z dodatkiem tej ciszy,

w której się wybiera linę

i spacer -


Ilość odsłon: 193

Komentarze

Nie znaleziono żadnych komentarzy.