Portal Poemax jest prowadzony we współpracy ze stowarzyszeniem Salon Literacki

Szukając plusów nieprzespanej nocy, tuż przed świtem wyszedłem w poszukiwaniu wschodu słońca. Łąki zatapiała rosa, w oddali po niższych partiach snuła się mgła. Rosa była zimna i mieniła się na trawie jak szron. Sierpień, a tu po chwili przedzierania się przez wysokie trawy ociekałem wodą i miałem zgrabiałe z zimna dłonie. 
Widać było na horyzoncie gdzie mam iść, chmury rozlewały się tam nieśmiałą purpurą. Po łące ściernisko i kolejna łąka zakończona tym razem zarosłym trzciną i plątaniną kwiatów rowem melioracyjnym. Tu nie będzie wody, wiedziałem, woda w nim wyschła kilka lat temu, pozostał zapach błota. 
W pół przedarcia przez kolorowe chaszcze zauważyłem trzy sarny strzygące na mnie uszami. Ledwo widoczne w znieruchomieniu, również znieruchomiałem, ale stać tu nie mogłem długo, gdy wszechogarniająca wilgoć przeszywała po dreszcze. Jeszcze dwa kroki, ja wyszedłem na kolejną łąkę, a sarny już zniknęły na polu kukurydzy, które było dalej.
Mnie interesowało słońce, w tym momencie jeszcze jego brak, kolory zmieniające się płynnie i niezauważalnie na niebie. Błękit wypływający z szarości, błękit jak oceanu na spocie reklamowym biura podróży i czerwień, powoli blaknąca, jakby obserwować jesiennienie liścia klonu, tylko od tyłu, od czerwieni w pomarańcz. 
Cisza jest krzykiem ptaków, krukowate, świergoty i żurawie. Nawoływania, żadne do mnie, lecz tak tęskne, przeszywające jak chłód tej rosy co mnie oblepiła. 
Krwawniki, koniczyna, łopian i powoje i ta dojrzała zieleń wpadająca w czerń - wszystko powoli się rozświetla. Nie że budzi, bo nie sypia chyba nigdy. Jakaś mysz co zastygła na moje przybycie, teraz zaszeleściła przy nodze. Sekunda rozkojarzenia i po ponownym spojrzeniu obraz nieba niby taki sam, ale już w innych barwach, pierwsze promienie przedzierają się nad widnokręgiem. Powoli wyrasta nad nim świetlisty okrąg. Po prostu patrzę, jak to opisać, jak opisać sens i piękno, to co mogę mieć każdego poranka, a nie mam prawie nigdy, bo zapominam, że jest, bo nie doceniam możliwości. Stoję w tej rozwrzeszczanej zimnej i mokrej ciszy. Dreszcz mnie wybudza z zapatrzenia, słońce już jest całe, kompletne i gotowe - czas wracać, położyć głowę na poduszce. Stoją tu jeszcze słupy z drutami, są te druty oblepione ptakami, jakby nic się nie zmieniło od lat - zawsze tu były, tak jak ja w swoim zawsze jestem. Nie chcę iść łąka, idę więc na piaskową drogę, momentalnie piasek oblepia mi buty, jakby chciał mnie powstrzymać przed dalszą drogą, albo próbował uciec gdzieś ze mną. Droga prowadzi między dwoma polami kukurydzy i gdy jestem już prawie we wsi. Kiedy już widzę unoszący się dym z jakiejś wędzarni, słyszę koguty, krowy i poranne obrządki - jednostajny dźwięk dojarki - wtedy niemal spod moich nóg, z trawy przy polu poderwała się kolejna sarna i zniknęła wśród liści i włochatych kolb. 
Dalej mijam jeszcze małego psa, zna mnie, ale i tak szczeka. Czeka na drodze na swojego pana.
-wróci dzisiaj - mówię, ale to go nie uspokaja, wbiega na swoje podwórko, a vis a vis są uchylone drzwi poniemieckiej obory i widać tył krowy. To może dziwne, ale lubię ten zapach, zapach wsi, zapach obornika. Myślę, że jest jakiś spokój w takich oborach, jest pewien spokój w krowach - stateczność, której tak mi potrzeba, ale nie wchodzę do środka. Tego gospodarza znam słabo, zbyt długo mnie tu nie było, żeby składać wizyty o świcie, poza tym po co mam wyjść na wariata, który chciał chwilę z krową postać, pochłonąć odrobinę jej stateczności, swego rodzaju majestatu. 

Ilość odsłon: 361

Komentarze

Nie znaleziono żadnych komentarzy.